Przeprowadzka do Szwecji – podsumowanie pierwszych miesięcy

Szwecja

Pierwszy wpis na blogu, a już podsumowanie. Długo zastanawiałam się, jaki powinien być ten pierwszy post i z tego zastanawiania nic dobrego nie wynikło, poza odkładaniem pierwszej publikacji w nieskończoność. Więc oto on, pierwszy wpis: Przeprowadzka do Szwecji – podsumowanie pierwszych miesięcy.

Od razu dodam, że to nie do końca są moje pierwsze miesiące w Szwecji, bo spędziłam tu już wcześniej pół roku, ale życie w Szwecji jako student, a życie jako ekhm… imigrant, nie jest tym samym doświadczeniem.W Szwecji chciałam zamieszkać od lat i zdążyłam się nasłuchać już wielu historii, w tym te powtarzane jak zdarta płyta:

  • znalezienie pracy bez języka nie jest możliwe, o ile nie pracujesz w IT,
  • rynek nieruchomości to istny koszmar i na początku każdy jest praktycznie bez dachu nad głową,
  • personnummer (dziwie się, że nie powstał jeszcze żaden szwedzki kryminał na ten temat)


Przeprowadzka do Szwecji – poszło łatwiej niż mogłam to sobie wymarzyć, ale nie jest tak różowo, jak bym chciała.

Praca

To było największe zaskoczenie. Przez miesiące biłam się z myślami, planowałam, jak to będzie, gdy przyjadę i nie będę mieć pracy. Plan zakładał optymistycznie, że na początku będę siedzieć w domu, uczyć się języka i liczyć, że po pół roku będę w stanie znaleźć pracę, jakąkolwiek.

Nieśmiało wysłałam dwa CV będąc w Polsce, z ciekawości, czy ktokolwiek się do mnie odezwę i czy po prostu dostanę automatyczną odpowiedź, oczywiście odmowną w momencie, gdy system rekrutacyjny odkryje, że nie mówię po szwedzki, nigdy tutaj nie pracowałam i nie mam personnumeru.

I tutaj największe zaskoczenie – wysłałam CV do dwóch firm i z obu dostałam odpowiedź! Startup i korporacja, różne stanowiska i różne wymagania. Z pewnych losowych przyczyn nie byłam w stanie uczestniczyć w rozmowie rekrutacyjnej do korporacji (poza telefoniczną – pozytywną), a szybko dostałam odpowiedź z pierwszej firmy i tak w 3 tygodnie musiałam ogarnąć całą przeprowadzkę do Szwecji.

Szybciej niż planowałam, w pośpiechu z jedną (sporą) walizką znalazłam się w Goteborgu.

Personnumer

Postrach każdego imigranta w Szwecji, biurokratyczny dramat i pogromca marzeń. Osobom, które o nim słyszały, nie trzeba nic tłumaczyć, a dla osób żyjących w błogiej nieświadomości śpieszę z wyjaśnieniami – personnumer to takie cudo, które łączy w sobie polski PESEL, NIP, KRUS, numer buta i każdą możliwą funkcję, po prostu. Rozliczysz podatki, kupisz telefon, zamówisz zakupy bez wpisywania adresu (ha!), zapiszesz się na siłownię itd. A bez tego? Jesteś w dupie. Spore uproszczenie, ale nie chcę na tym etapie się rozwodzić, bo to idealny materiał na kolejny wpis ; )

Dodam, że nie byłam w stanie robić zakupów online w trakcie oczekiwania na personnumer. Trwało to na szczęście tylko 4 tygodnie, bo właśnie tyle czekałam na ten magiczny numer.

Tutaj też wszystko poszło gładko; po prostu poszłam do urzędu, wzięłam niezbędne papiery (umowę o pracę podpisaną dokładnie godzinę wcześniej), pokazałam, co trzeba (umowę i paszport), wypełniłam kilka papierków, pogadałam z panią w okienku i uzbroiłam się w cierpliwość, by odczekać 2-4 tygodnie jak to zostało obiecane. Mocno w to powątpiewałam, bo przecież wszędzie narzekają, że czekać można miesiące, lata, dekady, a podobno nawet stulecia, więc te 2-4 tygodnie to pewnie ściema, by petenci żyli nadzieją.

No, ale się spełniło i dokładnie po 4 tygodniach od złożenia dokumentów (31 od przeprowadzki) dostałam list z personnumerem! Hurrra!


A teraz hit hitów – od 3 miesięcy mam personnumer, ale nie mam szwedzkiego dowodu, bo nie chciało mi się jeszcze zebrać, by go wyrobić. Ludzie przeżywają dramaty, by to załatwić, a ja postawiłam na luksusowe lenistwo. No dobra, raz umówiłam wizytę, by dowód wyrobić, ale została odwołana, bo system IT w urzędzie się wyłożył. Było to z miesiąc temu, ale ja jeszcze nie byłam w stanie się zebrać do ponownego podejścia.

Mieszkanie

Co ja się naszukałam, naoglądałam, ile pieniędzy straciłam, eh.

A nie chwila, wprowadziłam się na gotowe do faceta, do mieszkania z kontraktem ze spółdzielni (first hand bez pośredników), w centrum miasta. Haters gonna hate.

Minus jest taki, że mieszkanie nie było długo odnawiane, a mój facet nie do końca się jara skandynawskim dizajnem, więc nie jest tak ładne jak zdjęcia na Instagramie pod #skandynawskistyl lub #scnadinaviandisign. Może kiedyś.

Ale roślinki mamy za to całkiem ładne.


Język

Jag pratar lite svenska. To by było tyle w temacie. Fakt, że mam pracę, która nie wymaga znajomości tego języka sprawia, że mój szwedzki poprawił się o jakieś 0,01%. Obiecałam sobie, że do końca tego roku będę w stanie prowadzić rozmowy, więc trzeba się będzie za to zabrać, ekhm.

To są chyba najważniejsze punkty, biorąc pod uwagę praktyczne aspekty tych ostatnich kilku miesięcy. Jednak trzeba zadać pytanie, które zawsze słyszę od swojej mamy, gdy dzwonię do niej w niedziele (to pytanie chyba nigdy nie zostało zadane w trakcie rozmów telefonicznych w inne dni tygodnia): Kasia, a jesteś tam szczęśliwa?

Tak, chyba tak… tak na 90%

Udało mi się zrealizować moje marzenie i jeden z najważniejszych celów, które wyznaczyłam sobie 9 lat temu. Mam pracę, dach nad głową i jestem razem z najfajniejszą osobą. Zima się kończy, ludzie coraz śmielej myślą o wiośnie, a gdy wychodzę z pracy, nie jest już ciemno, hurrraa!

Więc jaki jest minus w tym wszystkim? Brak grona znajomych, które zostało w Polsce i obawiam się, że długo nie będę takiego tutaj mieć. Przyjaźni budowanych latami, nie stworzy się w 4 miesiące, więc ja cierpliwie będę czekać i mam nadzieję, że ten blog pomoże mi zachować połączenie na linii Szwecja – Polska

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o